Polska niewłaściwie wykorzystuje środki unijne

Rozmawiał Zbigniew Dziedzic
22.10.2010 , aktualizacja: 22.10.2010 13:41
A A A Drukuj
Rozmowa z prof. Krzysztofem Rybińskim, ekonomistą, wykładowcą w Szkole Głównej Handlowej, byłym wiceprezesem Narodowego Banku Polskiego
Jak ocenia Pan obecną sytuację gospodarczą w UE i na świecie? Czy wyszliśmy już z kryzysu? Czy grozi światu powrót recesji?

Przeżyliśmy w 2009 roku potężną, globalną recesję, największą od drugiej wojny światowej. Gospodarka światowa skurczyła się o prawie 1%. Proces ten jednak nie przebiegał w sposób równomierny, bo Chiny rosły w tym czasie w tempie 8%, Polska plus 2 %, a były kraje, które się skurczyły aż o 20 %, jak republiki nadbałtyckie.

I nastąpiło w końcu w tym roku ożywienie, które było w dużej części efektem rządowych pakietów stymulacyjnych, bardzo niskich stóp procentowych i drukowania pieniędzy przez banki centralne oraz procesu związanego ze odtwarzaniem zapasów towarów. Widać bardzo wyraźnie, że firmy, które w czasie kryzysu radykalnie obniżyły zapasy, zaczęły je odbudowywać, I to też stanowiło silny impuls rozwojowy. Ekonomiści wciąż zadają sobie pytanie, czy to jest trwały proces, ponieważ popyt sektora prywatnego ciągle jest słaby i zależy od drukowania pieniędzy przez banki i bazuje na wydatkach rządowych. W Europie silny wzrost gospodarczy pojawił się w Niemczech.

Czemu Niemcy zawdzięczają swój obecny boom gospodarczy?

Niemcy są wielką maszyną eksportową. Wypracowały model wzrostu oparty w mniejszym stopniu na popycie wewnętrznym, a w większym na eksporcie. Popyt w tym kraju zawsze był stabilny, ale nie mógł być czynnikiem wzrostu, ponieważ Niemcy tradycyjnie są oszczędnym narodem. Dlatego państwo to stało się potęgą eksportową. Sprzedają za granicę, po przeliczeniu na dolary, więcej towarów i usług niż Chiny. Globalne ożywienie gospodarcze, szczególnie w Chinach i USA, spowodowało, że Niemcy bardzo mocno i pozytywnie to odczuły. Jako eksporterzy, zyskali też na osłabieniu kursu euro.

Jak Pan ocenia przyszłość wspólnej waluty europejskiej? Niedawno czytałem artykuł George'a Sorosa, w którym ten finansista porównywał euro do bańki spekulacyjnej, twierdząc, że waluta ta nie ma przed sobą żadnej przyszłości. Czy tego rodzaju opinie są uprawnione, czy stanowią element jakiejś gry tego globalnego inwestora giełdowego?

Wypowiedzi Sorosa należy rozpatrywać w kontekście jego operacji finansowych. Podejrzewam, że wchodził on w skład jakiejś większej grupy, która silnie działała na rzecz osłabienia euro. Trwało to przez dłuższy czas i było dobre dopóki można było utrzymywać, że euroland się rozpadnie. Tego typu prognozy można było przeczytać nawet w bardzo poważnych amerykańskich czasopismach. Natomiast według tych przewidywań Ameryka miała wyjść z kryzysu finansowego obronną ręką. Jednak okazało się, że tak się nie dzieje, ponieważ pakiety stymulacyjne nie zadziałały. W rezultacie teraz coraz trudniej jest grać na osłabienie euro, a i sama gra stała się znacznie bardziej skomplikowana. Na tym polega swoisty paradoks. Jeżeli bowiem w USA wystąpi głęboka recesja i ludzie w różnych częściach świata znowu zaczną się jej bać, to rozpocznie się proces ucieczki od ryzyka związanego z obligacjami greckimi, hiszpańskimi, irlandzkimi lub włoskimi, których oprocentowanie bardzo wzrośnie, do bezpiecznego obszaru, jakim znowu okaże się dolar. Rozpocznie się wtedy ponowny proces umacniania amerykańskiej waluty. Pomimo tego, że to w USA znajdowało się źródło obecnego kryzysu.

Gdzie w takim razie należy szukać obszaru bezpieczeństwa finansowego, jeśli nie w USA i UE? Trzecie koło zamachowe światowej gospodarki stanowią obecnie Chiny. Czy to ten kraj najbardziej skorzysta na kryzysie?

Trudno powiedzieć, ponieważ prognozowanie długoterminowe obarczone jest dużym ryzykiem, chociaż po 20 latach nikt tych opinii już nie pamięta. Wydaje mi się jednak, że w ciągu najbliższych 20-30 lat waluta chińska - renminbi (juan), stanie się jedną z trzech głównych walut na świecie. Chiny z coraz większą liczbą krajów mają podpisane umowy handlowe, które umożliwiają rozliczanie transakcji w renminbi. Otworzyli też rynek obligacji swojej waluty dla inwestorów międzynarodowych oraz dokonują integracji giełd w Szanghaju, Shengzehn i Hongkongu. Największe emisje akcji na świecie odbywają się na tych właśnie giełdach. Już w tej chwili staje się widoczne, że w nieodległej przyszłości to będą największe rynki finansowe na świecie. Nie w Nowym Jorku lub Chicago, ale właśnie w Azji. Chińczycy przeprowadzają ten proces w sposób spokojny i przemyślany.

Inaczej niż miało to miejsce w naszym regionie Europy, gdzie myśmy się otworzyli na przepływy kapitału, nie do końca będąc gotowym na to, aby go przyjąć. Z tego powodu mieliśmy różnego rodzaju perturbacje. A Chiny przeprowadzają ten proces w takim tempie, w jakim uznają to za korzystne dla swojego państwa i gospodarki. Prawdopodobnie za 5 lat renminbi będzie jeszcze bardziej uwolniony, a za 10 lat zostanie uwolniony całkowicie. Chińczycy się nie spieszą, ponieważ mają długookresową strategię.

Czy euro utrzyma się jako jedna z trzech najważniejszych walut na świecie?

Wierzę w Europę. Nie podzielam pesymistycznych wizji, głównie zresztą ekonomistów brytyjskich i amerykańskich. Myślę, że w momencie dużego zagrożenia Europejczycy się zmobilizują i przeprowadzą reformy niezbędne do tego, aby UE stała się bardziej zintegrowanym obszarem gospodarczym. Jeżeli tak się stanie, to euro będzie naturalną walutą rezerwową świata obok dolara i renminbi. Zbyt duże są korzyści związane z istnieniem strefy euro oraz potencjalne koszty jej rozpadu. Gdyby Włosi nie mieli teraz wspólnej waluty, prawdopodobnie znajdowaliby się już w kryzysie finansowym. W interesie dużych krajów UE jest to, abyśmy się dalej integrowali.

Europa popełniła w przeszłości wiele błędów. Dyskusja o nowej polityce spójności i odnowionej strategii lizbońskiej - Europa 2020, powinna prowadzić do innego sposobu myślenia o przyszłości Unii. Budując autostrady, nie stworzymy przewagi konkurencyjnej w Europie, ponieważ Chińczycy robią to sprawniej i taniej.

Czy ten nowy sposób myślenia to innowacyjność i gospodarka oparta na wiedzy?

Dokładnie tak. Jak się spojrzy na to, jak szybko swoją jakość poprawiają uczelnie chińskie oraz pną się po szczeblach rankingu szanghajskiego, to widać, że w tym kraju myśli się o tym, co będzie w przyszłości kluczowym czynnikiem wzrostu, choć jest to nadal bardzo biedny kraj. Tam innowacyjność i nowe produkty są bardzo ważne. W Chinach inwestuje już przemysł farmaceutyczny, biotechnologie i przemysł kosmiczny. Jeśli popatrzymy na ilość oddawanych do użytku na świecie farm wiatrowych i elektrowni słonecznych, to okaże się, że najwięcej powstaje ich w Chinach. Kraj ten bardzo szybko się rozwija i Europa musi się obudzić. Mam nadzieję, że europejski tygrys właśnie się budzi, ponieważ UE ma ku temu potencjał ze względu na swoją różnorodność kulturową.

Natomiast brukselska armia urzędnicza i interesy poszczególnych krajów są bardzo krótkoterminowe. Ten system stał się bardzo nieefektywny i blokuje możliwość dokonania skoku cywilizacyjnego przez Europę.

Właściwie wszystkie kraje UE ogłaszają lub rozpoczynają wdrażanie różnego rodzaju reform finansów publicznych, ograniczając swoje deficyty budżetowe i zadłużenie publiczne. Czy będzie to miało konsekwencje dla gospodarki światowej? Na ostatnim szczycie krajów G20 pojawiła się na ten temat kontrowersja pomiędzy Europą a USA i krajami trzeciego świata. Jeśli wszyscy zaczną oszczędzać, to światowa gospodarka wytraci dynamikę. Czy istnieje taka groźba?

Z pewnością takie zagrożenie istnieje. W niektórych krajach podjęto takie ryzyko z pełną świadomością. Na pakiety stymulacyjne i pomoc dla banków wydano na świecie w sumie ok. 10 bilionów dolarów (razem z gwarancjami). Wpływa to oczywiście na bilans budżetów w sektorze finansów publicznych. Zwiększa też ryzyko dla takich krajów, jak Grecja, Portugalia, Irlandia czy Hiszpania, ale też tak dużych gospodarek, jak brytyjska czy amerykańska. W tej chwili już niektóre stany w USA, jak Kalifornia, ale nie tylko, prawie bankrutują. Jednak dużo większym ryzykiem jest kontynuowanie dotychczasowej polityki. Utrzymywanie bowiem deficytu budżetowego na poziomie 10% PKB dłużej przez niż 2 lata jest bardzo groźne.Gdy dług publiczny USA przekroczy 100% PKB, to z pewnością silnie wzrosną stopy procentowe co wyhamuje gospodarkę i pogłębi obecne problemy fiskalne..

Aby do tego nie dopuścić, należy zacząć mądrze wyhamowywać dynamikę zwiększania długu publicznego. Natomiast decyzje G20 i MFW to czysta polityka. Wystarczy przyjrzeć się komunikatom tych instytucji po ich posiedzeniach. Najpierw MFW twierdził, że pakiety stabilizacyjne są potrzebne, a potem, że należy pomyśleć o strategii wyjścia z nich, ale bez pośpiechu. Gdy następnie zobaczyli, co się dzieje w Grecji, stwierdzili, że wiele krajów musi podjąć działania ograniczające deficyty. Zupełny bełkot.. Natomiast każdy komunikat po szczycie G20 jest bardzo dyplomatyczny, aby każdy z jego uczestników miał poczucie odniesienia na nim sukcesu. Po ostatnim szczycie stwierdzono na przykład, że w zależności od problemów w danym kraju, należy albo kontynuować politykę ekspansji fiskalnej, albo wprowadzić plan oszczędności wydatków. Czyli i Obama i Merkel mogli wyjechać zadowoleni. Poziom ryzyka, z jakimi obecnie mamy do czynienia jest jednak zbyt poważny, aby bawić się w okrągłe formułki.

Bądź na bieżąco, codziennie, za darmo i o stałej porze -

czytaj nasz newsletter!

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy