Przez cały ubiegły rok
inflacja była problemem. Nie tylko w Polsce. Napędzały ją ceny żywności, które pogalopowały w górę, ceny paliw i słaby
złoty. W maju wskaźnik inflacji skoczył do 5 proc., potem było kilka miesięcy oddechu, a w listopadzie znów niespodzianka - wzrost do 4,8 proc. Ubiegły rok zakończyliśmy jednak trochę niżej - GUS podał właśnie, że inflacja wyniosła 4,6 proc.
Najsilniej w ujęciu rocznym rosły ceny paliw (o 14,9 proc.), czynsze (7,7 proc.), ceny towarów i usług związanych ze zdrowiem (8 proc.) i ceny żywności (4,6 proc. proc.).
Zdaniem szefa GUS Janusza Witkowskiego listopadowy wynik to był ostatni szczyt. W tym roku wskaźnik cen ma nie przekroczyć tego poziomu. Ekonomiści rynkowi również sądzą, że początek roku przyniesie spadek wskaźnika inflacji, choćby dlatego, że wygasa efekt wprowadzonych rok wcześniej podwyżek stawek VAT. To jednak nie będzie gwałtowny spadek, o czym przekonani są nie tylko analitycy rynkowi, ale i RPP.
- Inflacja na początku roku nieco wyhamuje, ale bardzo prawdopodobne jest, że nadal pozostanie powyżej 4 proc., a więc daleko od górnej granicy odchyleń od celu NBP (3,5 proc.) i jeszcze dalej od środka celu NBP (2,5 proc.). Niewykluczone, że przy takim rozwoju wydarzeń zejście inflacji do celu NBP w okolicach maja-czerwca br. nie zmaterializuje się, a co więcej - w ogóle nie będzie możliwe w roku bieżącym - mówi Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego.