FBI ściąga pirata z sieci, hakerzy kontratakują

Tomasz Grynkiewicz
21.01.2012 , aktualizacja: 20.01.2012 21:21
A A A Drukuj
FBI zamknęło popularny piracki serwis MegaUpload. W odwecie zaatakowali hakerzy, próbując blokować strony rządowe i branży medialnej.
Założyciel MegaUpload Kim Schmitz lubił popisywać się swoim bogactwem,
Fot. HANDOUT Reuters
Założyciel MegaUpload Kim Schmitz lubił popisywać się swoim bogactwem,
Założyciel MegaUpload Kim Schmitz w sądzie w nowozelandzkim Auckland
Fot. Greg Bowker AP
Założyciel MegaUpload Kim Schmitz w sądzie w nowozelandzkim Auckland
SONDAŻ
Czy Twoim zdaniem walka z piractwem internetowym jest możliwa do wygrania?

Tak
Nie
Trudno powiedzieć

Starannie planowaną przez kilka miesięcy akcję FBI i współpracujące policje w kilku krajach rozegrały w czwartkową noc. I w wirtualnym świecie, i w realnym. Z sieci zniknął popularny serwis MegaUpload, z którego codziennie korzystało ok. 50 mln internautów z całego świata.

W Nowej Zelandii policja wkroczyła do posiadłości założyciela serwisu, zatrzymując cztery osoby. W USA, Kanadzie i Holandii zajęto serwery spółki. W sumie w ośmiu krajach dokonano przeszukań.

O co ta awantura?

O jeden z popularnych serwisów z kategorii "pirackich". Użytkownicy MegaUpload udostępniali i ściągali pliki, głównie z muzyką, serialami, filmami, grami albo programami komputerowymi. Statystyki serwisu mogą zrobić wrażenie: dziennie notował 50 mln wizyt, łącznie miał zarejestrowanych 150 mln użytkowników. Szacowano, że odpowiada za ok. 4 proc. ruchu w światowej sieci.

Gdy MegaUpload był wymazywany z internetu, na przedmieściach Auckland, największego miasta w Nowej Zelandii, 37-letni założyciel Kim Schmitz (więcej w ramce obok), szykował się do świętowania urodzin. Imprezę popsuła mu nowozelandzka policja. Schmitz na widok nakazu "sprawiał kłopoty i schował się w specjalnie zaprojektowanym pokoju". Gdy policja w końcu sforsowała zabezpieczenia, Niemiec trzymał w dłoniach załadowaną strzelbę.

Nie tylko on wpadł - policja zatrzymała jeszcze szefa marketingu, dyrektora ds. technicznych i szefa programistów MegaUpload. Na wolności zostaje jeszcze trójka oskarżonych (Niemiec, Estończyk i Słowak).

Ciekawostka - prezesem MegaUploadu był znany w środowisku raper i producent Swizz Beatz. Prywatnie mąż znanej piosenkarki Alicii Keys. Jego nie zatrzymano. Uważa się, że był jedynie twarzą serwisu i figurantem.

Zarzuty? Departament Sprawiedliwości USA oskarżył siedem osób i dwie firmy (MegaUpload Ltd. i Vestor Ltd.) o prowadzenie międzynarodowej grupy przestępczej, konspirację, pranie pieniędzy i łamanie prawa własności intelektualnej. Szacuje się, że oskarżeni zarobili na swojej działalności ponad 175 mln dol. Przede wszystkim na reklamach i płatnych kontach. Bo nie wszystko w MegaUpload było bezpłatne - serwis pobierał różne opłaty od użytkowników (np. za ściągnięcie pliku zajmującego więcej niż 1 GB). W Polsce płatne konta do serwisu można było kupić na aukcjach Allegro.

MegaUpload zachęcał też użytkowników do wrzucania materiałów, które często będą ściągane - tych najaktywniejszych wynagradzał. Straty właścicieli praw autorskich oszacowano na ponad pół miliarda dolarów. Maksymalna łączna kara, jaka grozi założycielom serwisu - 50 lat.

Serwisów podobnych do MegaUpload jest na pęczki - jak choćby polski Chomikuj.pl. Dlaczego wpadła grupa Schmitza? W akcie oskarżenia czytamy, że zatrzymane osoby nie usuwały kont użytkowników, którzy masowo naruszali prawa autorskie. Na zgłoszenia materiałów do usunięcia reagowali, ale wybiórczo. Gdy zgłaszano im konkretny utwór czy film, usuwali go - ale tylko pojedynczy plik. Innych nie tykali, a właścicielowi odpowiadali, że już po problemie.

W internecie zawrzało. Na forach, także polskich, podniosło się larum, że to cenzura internetu, atak korporacji na wolność słowa itp. Tym bardziej że w grudniu zeszłego roku Schmitz opublikował promocyjny teledysk "MegaUpload Song", na którym znani artyści - jak Kanye West, Alicia Keys czy Will.I.Am chwalili zalety serwisu. To zirytowało Universal Music na tyle, że koncern usunął teledysk z YouTube'a, ostatecznie jednak YouTube go przywrócił.

Na akcję FBI błyskawicznie odpowiedziała też nieformalna grupa hakerska Anonymous (Anonimowi). - My, Anonimowi zaczynamy nasz największy atak przeciw rządowi i stronom firm fonograficznych. FBI nie sądziło chyba, że ujdzie im to na sucho? Powinni się nas spodziewać - ogłosiła grupa na Twitterze. I, przynajmniej na jakiś czas, udało im się zablokować kilkanaście stron internetowych, m.in. FBI, wytwórni Universal Music, RIAA (organizacja branżowa przemysłu nagraniowego) czy Hadopi, francuskiej instytucji zajmującej się zwalczaniem piractwa w internecie.

Część internautów z uznaniem odebrała atak hakerów. Ale ten gest może - tłumaczą eksperci - wyrządzić niedźwiedzią przysługę koalicji, która przeciwstawiła się dwóm ustawom antypirackim uchwalanym w amerykańskim Kongresie i Senacie (SOPA i PIPA). Jej najgłośniejszym momentem było wyłączenie w środę na znak protestu anglojęzycznej Wikipedii na całą dobę.

- Te akcje były oparte na dobrowolnym ocenzurowaniu własnych stron. W pewnym sensie Anonimowi też, tyle że na własną rękę, anonimowo i bez odpowiedzialności cenzurują strony, by wyrazić swój przeciw - mówi cytowany przez BBC dr Joss Wright z Oxford Internet Institute. - Celem wielu aktywistów jest otwarty i wolny internet, ale regularne blokowanie cudzych stron może przynieść odwrotny skutek. Wystarczy, że zwolennicy antypirackich ustaw pokażą grupę Anonimów jako reprezentantów przeciwników tych legislacji - dodaje.

Chwilowo na to się nie zanosi. Wczoraj swoje poparcie dla protestu przeciw SOPA wyraził sir Tim Berners-Lee, twórca WWW oraz Neelie Kroes, unijna komisarz ds. cyfryzacji. Na Twitterze napisała "cieszę się, że tak się układają sprawy z SOPA, nie potrzebujemy złych ustaw". Pod lawiną krytyki ugiął się autor ustawy SOPA Lamar Smith. W piątek wieczorem zapowiedział, że wycofa projekt. Głosowanie nad ustawą PIPA zostało przełożone.

Mr Dotcom

Równie kontrowersyjny co serwis jest jego założyciel 37-letni Niemiec przedstawiający się jako Mr Dotcom lub Kim Schmitz (lub też Kim Tim Jim Vestor), rezydent Hongkongu i Nowej Zelandii. Schmitz, poza MegaUpload, jest też - według FBI - jedynym udziałowcem spółki Vestor Limited kontrolującej część serwisów wokół Megaupload (jak choćby Megavideo).

W 1994 r. założył firmę DataProtect zajmującą się bezpieczeństwem komputerowym, w 2000 r. sprzedał w niej udziały. Po roku spółka zbankrutowała.

Od lat figurował już w kartotekach: w 1998 r. dostał dwa lata w zawieszeniu za handlowanie numerami kradzionych kart kredytowych. W 2002 r. deportowano go z Tajlandii do Niemiec, gdzie został oskarżony o wykorzystanie poufnych informacji do handlu akcjami. Wcześniej wykręcił numer inwestorom, kupując akcje podupadającej firmy LetsBuyIt.com i ogłaszając, że zainwestuje w nią 50 mln euro. Gdy akcje wzrosły o kilkaset procent, Schmitz szybko sprzedał udziały. Jak pisała niemiecka prasa, później wyszło na jaw, że nie miał tych 50 mln. Zarobił 1,5 mln dol.

Miłośnik szybkich aut - brał kilkakrotnie udział w międzynarodowym wyścigu sportowych aut Gumball 3000, raz go wygrywając. Przeszukując jego posiadłość w Auckland, policja znalazła kilkanaście luksusowych aut, w tym: maserati, lamborghini, różowego cadillaca czy wykonanego na zamówienie rolls-royce'a phantom drophead.

Na tablicach rejestracyjnych aut Schmitza widniały takie napisy jak: "God", "Mafia Hacker" czy "Guilty" (winny). Oprócz aut policja i FBI w ośmiu krajach zajęły aktywa warte ok. 50 mln dol., także dzieła sztuki i pieniądze na kontach w Nowej Zelandii.

Zobacz więcej na temat:

Bądź na bieżąco, codziennie, za darmo i o stałej porze -

czytaj nasz newsletter!

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    46 głosów

Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości gospodarcze?

Zamów newsletter!