"95 proc. z nas to oszuści". Przerażająca spowiedź nieuczciwego handlarza używanych aut

Rozmawiał Jakub Wątor
21.06.2013 , aktualizacja: 21.06.2013 11:24
A A A Drukuj
- Mam dość cofania przebiegów, klientów bombardujących mnie telefonami tydzień po transakcji, lepienia samochodów i tego typu spraw. Im więcej ludzi to przeczyta, tym więcej będzie tych rozsądnych, którzy nie spodziewają się VW passata w TDI z 1999 roku z przebiegiem 180 tys. km za 9999 zł plus opłaty - mówi Kamil. I zdradza tajemnice handlarzy samochodowych.
Ma 27 lat i firmę w województwie łódzkim zajmującą się importem używanych aut z zachodniej Europy. Miesięcznie sprzedaje ich od 15 do 30. To sprawia, że jego miesięczny dochód wynosi od 5 do 50 tys. zł. Zwykle ma marżę ok. 30 proc., ale najwięcej na jednym aucie zarobił 28,5 tys. zł. - Cały czas się dziwię, że to się sprzedaje - mówi Kamil.

Jesteś handlarzem aut i masz podobne doświadczenia? A może kupowałeś używane auto i chcesz się podzielić refleksjami? Napisz do nas - najciekawsze historie opublikujemy: wyborcza.biz@agora.pl



Swoją spowiedź rozpoczął na serwisie Wykop, gdzie można przeczytać o wielu technicznych aspektach sztuczek stosowanych przez niego i innych handlarzy. Cytaty w szarych ramkach pochodzą właśnie z Wykopu. My zadaliśmy mu dodatkowe pytania, które tam nie padły.

Polski handlarz aut, 27 lat:

- ...zdarzały się sytuacje, gdy klient tydzień po transakcji przyjeżdżał z kolegami i chciał, by sprawiedliwości stało się zadość. No, ale umówmy się, ja też mam kolegów, poza tym nie jestem jakoś specjalnie bojaźliwy.

Jakub Wątor: Ale doszło do czegoś poważnego?

- Nie. Zresztą handlarze to specyficzna grupa. Obraca się tu dużą gotówką, często masz ją w domu, więc i wiele osób ma broń palną.

Co? Ty też?

- Tak, od około roku, oczywiście legalnie, z pozwoleniem. Wiesz, niejednokrotnie miałem w domu ok. 100-150 tys. zł w gotówce, gdy w weekend sprzedały się jakieś trzy droższe auta. A przecież całe otoczenie komisu wie, co, gdzie, kiedy i za ile sprzedał inny handlarz. Zawsze jest spore ryzyko, że ktoś mógłby się połasić na tę kasę.

Musiałeś kiedyś użyć tej broni?

- To nie Dziki Zachód, jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło. I nie zrobiłbym tego, jeśli nie byłoby zagrożone moje bezpieczeństwo.

Ostatnio zrobiło mi się żal klienta. Przyjechała rodzina z dzieckiem chorym na raka. Strasznie chcieli kupić samochód niesłynący ze zbyt trwałych rozwiązań mechanicznych. Miałem taki egzemplarz i faktycznie sprawiłby im sporo problemów w niedługim czasie. Przekonałem ich, że lepiej służyć im będzie inne auto. Po wszystkim miałem uczucie, że zrobiłem dobry uczynek.



Przekręcanie licznika to nie oszustwo

Ile aut sprzedałeś uczciwie?

- To zależy, co rozumieć pod tym pojęciem.

Ty co rozumiesz?

- Na przykład auto typu Passat B5 w świetnym stanie, który miał do końca serwis w ASO, ale na przykład 310 tys. km na liczniku, a ja podrasowałem książkę i przekręciłem licznik na 250 tys. Gdybym tego nie zrobił, to bym go nie sprzedał, chyba, że za 3/4 ceny.

Czyli kręcenie licznika jest taką normą, że nikt w branży nie uważa tego za oszustwo?

- Tak, szczególnie taka symboliczna korekta.

Twój rekord przekręconego licznika?

- 650 tys. km, ale zwykle kręcę o jakieś 100-200 tys. km.

Da się to jakoś wykryć?

- Tylko jeśli masz pełną historię serwisową na papierze i w ASO. W aucie wszelkie elementy wskazujące na zużycie są wymieniane przed sprzedażą.

Mówisz, że 95 proc. handlarzy oszukuje. Przerażająca liczba.

- Jeśli za uczciwego weźmiemy takiego, który nigdy nie cofnął przebiegu ani nie naprawiał auta na sztukę, to myślę, że ta liczba mogłaby być jeszcze bardziej przerażająca. Znam kilkudziesięciu handlarzy bardzo dobrze, jeszcze więcej z widzenia czy z giełd i nie kojarzę kogoś, kto by tego nie zrobił choć raz w życiu. Ale mam też świadomość, że istnieją firmy sprowadzające auta na zamówienie czy te wyznaczone przez klienta. One jakiś tam procent rynku stanowią, ale niewielki.

Słuchając handlarzy, można odnieść wrażenie, że w Niemczech mieszkają sami dziadkowie, którzy jeżdżą swoimi autami tylko na grzyby i na ryby...

Auta od Niemca, dziadka, niepalącego, jeżdżącego raz na miesiąc trafiają się, ale bardzo rzadko. Zwykle trafiają do rodziny lub znajomych handlarza.

Sprzedałem kiedyś auto zostawiające cztery ślady, było uderzone w bok i źle naprawione. Zimą bałbym się nim jeździć. Zdarzają się też auta z wstawionymi opornikami zamiast poduszek powietrznych. Myślę, że to jest najbardziej niebezpieczne rozwiązanie dla potencjalnego klienta.



Wspominałeś na Wykopie, jak wygląda standardowa obróbka auta...

- Gdy auto ma wady mechaniczne, trafia do mechanika. On ocenia, co jest zepsute i czy da się to zreanimować, czy konieczne będą wymiany. Coraz częściej warsztaty mechaniczne od razu oferują cofanie przebiegu czy kasowanie wszelkiego rodzaju błędów w pamięci komputera. Jeśli nie da się uniknąć wymian, dostaję listę niezbędnych zakupów, po czym siadam do Allegro. Potem przychodzi czas na lakiernika. Tam maskowane są wszelkie ślady korozji, porysowane elementy się lakieruje, a na koniec auto trafia na polerkę. Dalej myjnia - rozbieranie praktycznie całego wnętrza, pranie, pasty koloryzujące, mycie silnika, renowacja tapicerki. Gdy auto przejdzie myjnię, oceniam, czy trzeba wymienić kierownicę, gałkę, pedały. Potem robię zdjęcia i auto czeka gotowe na klienta.

Ale klient jest nieufny i chce jeszcze je sprawdzić. O co chodzi z tą siatką powiązań na danym terenie?

- Na pewno nie jest dobrym pomysłem, żeby na miejscu jechać do jakiegoś mechanika. Jest duże prawdopodobieństwo, że trafisz do kolegi handlarza. Taki warsztat nie stwierdzi większych usterek, żeby nie tracić klienta w postaci handlarza i jego znajomych. W większych miastach sytuacja jest trochę trudniejsza, ale też da się to załatwić. Rzadko natomiast zdarza się, że klient chce sprawdzić auto w autoryzowanym punkcie.

Najlepiej nie wierzyć w cuda, a zanim pojedzie się w Polskę, przejrzeć ogłoszenia na niemieckich portalach. Gdybym sam miał kupić auto, na pewno nie żałowałbym 300 zł na wizytę w ASO i poszukałbym warsztatu, gdzie dokonują pomiaru płyty podłogowej. To właściwie jedyny sposób, by odróżnić auto malowane czy poprawiane wizualnie od tego naprawdę powypadkowego.



Złota rączka także bywa lepka

Często przyjeżdżają do ciebie potencjalni klienci ze swoim mechanikiem czy kumplem-złotą rączką?

- Zdarza się, nawet dość często. I w przypadku zamiaru zakupu tańszego auta to jest najlepsze wyjście, o ile taki spec jest uczciwy i w miarę rozgarnięty.

O ile jest uczciwy?

- Zwykle handlarze nie mają do nich zbyt dobrego nastawienia, bo często zauważają za dużo. Ale są też przypadki, że żeby zarobić umówioną kwotę za sprawdzenie auta, wymyślają jakieś usterki z czapy. Zdarza się też tak, że ci specjaliści niby przypadkowo idą do biura, toalety czy gdzieś na boczek. Tam przyjmują od nas pięć stów do kieszeni i już w aucie żadnych usterek nie znajdują. Raz miałem taką sytuację, że klient przyjechał ze swoim bratem w roli "doradcy". I wyobraź sobie, że ten gość za 1 tys. zł dał oszukać swojego brata... Oczywiście są i fachowcy nie dość, że dobrzy, to uczciwi. Czasem są nam nawet pomocni.

Bo na następny raz wiecie, co lepiej ukryć?

- Niekoniecznie. Kiedy w aucie jest niewielka usterka, która poważnie wygląda, na przykład stukające zawieszenie albo płytkie sprzęgło, to mechanik mówi, że to nic poważnego i jest do zrobienia. Wtedy łatwiej dobić targu.

Kobiet nie traktuję szczególnie

A bez takiego speca klienci łykają każdy haczyk?

- Na pewno są coraz bardziej świadomi, ale nadal wierzą w magiczne przebiegi i starych Niemców.

Długo się zastanawiają?

- Z tym jest bardzo różnie, choć generalnie ludzie kupują impulsywnie, mało jest przemyślanych decyzji. Jeśli ktoś jest z daleka, a takich klientów mam od zawsze wielu, to przeważnie biorą od razu. Gdy ktoś jest z okolicy, to ma kilka podejść. Takiemu łatwiej zlustrować te wszystkie układy między handlarzami i mechanikami, więc wie, gdzie sprawdzić auto.

A jak zachowuje się kobieta na zakupach samochodowych?

- Kobiety bardzo rzadko przyjeżdżają same. Jeśli nie mają męża czy chłopaka, to biorą ojca, brata czy kogokolwiek. To naturalne, że prawie nigdy się nie znają na autach. Ale na specjalne traktowanie u mnie liczyć nie mogą.

Młodzi ludzie mogą nie mieć doświadczenia w kupowaniu, ale gdy naczytają się w sieci, mają świadomość tego, co może na nich czekać w komisie lub na giełdzie. Może trudno w to uwierzyć, ale ogromną większość klientów, którzy decydują się na sprawdzenie auta w ASO, stanowią ludzie kupujący auto po raz pierwszy.



Klienci odpuszczają reklamacje

Klient cię zdemaskował, wykrył usterki. Co wtedy?

- W przypadku, gdy ktoś znajdzie jakieś istotne usterki i nadal jest zainteresowany, to negocjujemy cenę. Jeśli nie jest zainteresowany, to zamykamy auto i koniec tematu. Rzadko się tak jednak zdarza.

A jeśli kupił, po miesiącu mu się coś rozwaliło i winę widzi po twojej stronie?

- To zależy, co się rozwaliło. Większość elementów w aucie, które się psują, to elementy eksploatacyjne, które naturalnie się zużywają. W takich przypadkach klienci mają ograniczone możliwości, nawet jeśli chcieliby się bawić w prawników.

Dlaczego ograniczone?

- Przecież sprzedaję auta używane, ale i jako używane je wcześniej kupuję, więc nie śledzę ich historii od momentu wypuszczenia z fabryki. Jak klient udowodni mi, że turbina padła, bo była zajechana, a nie dlatego, że na przykład spałował auto na zimnym silniku?

Ale przypuśćmy, że się uparł i chce się sądzić.

- To musiałby przedstawić przed sądem opinię rzeczoznawcy, która jest dość droga. Takie reklamacje mają miejsce rzadko. Ale jak już do tego dojdzie, dostaję pismo i zanoszę je do swojego prawnika. W 90 proc. klienci w końcu rezygnują, nie mając nadziei na wygraną. W pozostałych przypadkach dochodzi do ugody i wypłacane jest odszkodowanie.

Największa kwota, jaką musiałem zwrócić klientowi, to 3 tys. zł za wymianę silnika. Muszę jednak podkreślić, że takie sytuacje zdarzają się raz, dwa razy w roku.



W salonie też zdarzają się oszustwa

Przerażasz mnie. U handlarza już żadnego auta nie kupię.

- A gdzie kupisz?

Nie wiem, w salonie na przykład.

- Powodzenia.

?

- Wspominałem przecież, że w przysalonowych komisach, gdzie klienci pozostawiają w rozliczeniu swoje auta w zamian za nowe, też można się naciąć.

Nie wierzę.

- Przecież tam też pracują ludzie i też lubią sobie dorobić. Oczywiście to rzadkie zjawisko, ale jest.

Rozwiń, proszę.

- Znam kilku przedstawicieli marek samochodowych, którzy współpracują z handlarzami.

Na jakich zasadach?

- Auto, które jest własnością handlarza wstawiane jest do przysalonowego komisu. Oczywiście za dużo wyższą cenę niż rynkowa, ale dostaje minimalny przebieg, prawdziwą książkę i plakietkę, że to jest auto z programu premium czy coś w tym stylu. Każda marka ma jakiś tam swój program. Wystarczy dobry układ z właścicielem salonu albo kierownikiem komisu przysalonowego, żeby taki "bezwypadkowy oryginał" stanął sobie dumnie pod salonem.

Każdemu się to opłaca, bo pan handlarz wycenia auto drożej niż średnia, więc może się podzielić zarobkiem z panem kierownikiem komisu. Ten z kolei ma wynik sprzedaży oraz "odpał" od pana handlarza. Właściciel salonu ma umówioną marżę komisową, a klient, gdy zobaczy piękny, szklany budynek z logo znanego producenta, nawet nie myśli o sprawdzaniu auta.



Czyli, żeby być pewnym auta, muszę je kupić u ciebie, jeśli jesteś moim dobrym kumplem lub w salonie?

- Jeśli chodzi o nowe auta, to zdarzają się sporadycznie wejścia na minę. Na przykład transport aut gdzieś za granicą zalicza grad albo dojdzie do uszkodzenia podczas załadunku lub rozładunku. Wtedy polski dealer może je odkupić w okazyjnej cenie i przyjąć na przykład jako auto pokazowe. Zdecydowaną większość aut kupowanych w salonie klient konfiguruje sobie sam, ale są też takie pokazowe czy z ekspozycji. I wtedy jest szansa trafienia na "kwiatka". Poszukaj sobie w sieci historii o pewnym salonie z Lublina. Miłośnicy motoryzacji namierzyli w nim auto sprowadzone ze Stanów Zjednoczonych, które ktoś zwyczajnie posklejał.

Kojarzysz pana Mirka, typowego handlarza samochodami?

- Jasne. Powiem ci, że ktokolwiek robi te memy, musi przebywać blisko starych handlarzy. Może jest synem któregoś albo jeździ na giełdy czy przesiaduje gdzieś w komisie. Na pewno bardzo dobrze zna realia.



Typowy Mirek to stara szkoła handlarza?

- Tak, starsi cały czas używają tzw. giełdówki. To określony sposób zachowania, sprawdzone teksty. One często są zależne od klienta, bo wiadomo, że inaczej będziemy rozmawiać z panem w okularach pracującym w biurze, a inaczej z nieokrzesanym rolnikiem. Ale stara szkoła to przede wszystkim ci, którzy handlowali jeszcze w latach 90. Ich auta są zwykle robione typowo na sztukę, czyli na przykład zamiast czyścić środek, jest on tylko plakowany.

Możesz rozwinąć?

- Jak masz brudne siedzenia w aucie i je spryskasz plakiem [jeden z najpopularniejszych środków do czyszczenia samochodów], to chwilę będą czyste i nie będzie widać piachu. U Mirków podstawą jest właśnie plak, który jest na oponach, lakierze, wszystkich plastikowych elementach i w środku. Jeśli coś jest pomalowane u bardzo taniego lakiernika i zaczyna siadać bezbarwny lakier albo szpachla, to pryskasz plakiem, trochę polerujesz i do pierwszego deszczu nic nie widać. To podstawa działania Mirków. Być może to trochę kwestia lenistwa, trochę innego sposobu myślenia.

Przy zakupie przede wszystkim przyglądam się podłużnicom (w punktach zasłoniętych - to oczywiste, że nie będzie spawane w widocznym miejscu), słupkom, fartuchom. Trzeba też dokładnie obejrzeć wnętrze bagażnika. I zapytać sprzedającego, czy można pozdejmować uszczelki i poszukać śladów pod nimi.



Czym starszy handlarz różnic się od młodszego?

- Młodsi korzystają z nowych technologii, praktycznie wszyscy mają mierniki lakieru, komputery diagnostyczne, no i każdy stara się sprawiać wrażenie profesjonalisty znającego się w temacie, czyli zna oznaczenia, parametry, działanie. Wolą mieć konkretną wiedzę zamiast wyuczonej giełdówki. Choć zdarzają się tacy młodzi, którzy idą na łatwiznę w kierunku tej starej szkoły.

I rozumiem, że ty swoją spowiedzią chcesz ich wyplenić?

- Nikogo nie chcę plenić, nikomu nie zazdroszczę ani źle nie życzę. Po prostu chciałbym, żeby handel autami używanymi w Polsce był dużo bardziej profesjonalny i żeby handlarze cieszyli się szacunkiem nie tylko dlatego, że mają dużo pieniędzy.

A propos - czujesz się człowiekiem sukcesu?

- Kiedy patrzę na to, co mam, kiedy myślę, że w tak młodym wieku jeżdżę takim autem, jakim chcę i stać mnie na wybudowanie domu, mam świadomość, że w inny sposób ciężko byłoby mi się dorobić.

I nie masz wyrzutów?

- Jakichś strasznych nie, bo wiem, że jeśli ludzie nie kupią ode mnie, to kupią od kogoś innego. Nikogo do niczego nie zmuszam. Oczywiście wspaniale byłoby, gdybym mógł handlować tak, jak to się robi w większości krajów Europy.

Wiesz, że po tej rozmowie ludzie będą wieszać na tobie psy?

- Będą i co z tego? Dzięki mojej akcji wielu ludzi już się nie natnie u handlarzy. Poza tym założę się, że większość mając perspektywę zarobienia dużej kasy, zachowywałaby się tak samo.

Jesteś handlarzem aut i masz podobne doświadczenia? A może kupowałeś używane auto i chcesz się podzielić refleksjami? Napisz do nas - najciekawsze historie opublikujemy: wyborcza.biz@agora.pl



PYTANIE Twój sposób na bezpieczny zakup auta to:

  • Tylko salon
  • Kupno bezpośrednie od poprzedniego właściciela
  • Wyprawa z mechanikiem
  • Auto sprowadzane na zamówienie
  • Mam inne, własne sposoby
  • W ogóle nie potrzebuję samochodu
Zobacz także

Zobacz więcej na temat:

Bądź na bieżąco, codziennie, za darmo i o stałej porze -

czytaj nasz newsletter!

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Podsumowanie dnia w gospodarce
Newsletter

Zamów codzienny newsletter z najważniejszymi informacjami. Zobacz przykład

Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości gospodarcze?

Zamów newsletter!