Motodziennik

Scenariusz, wielkie marzenia i znikające prywatne fundusze

Brooks Barnes
06.06.2008 , aktualizacja: 06.06.2008 16:29
A A A Drukuj
We wrześniu ubiegłego roku, gdy Sanjay Sanghoee postanowił nakręcić w Hollywood film na podstawie swojej własnej książki, ten początkujący filmowiec wytypował swoich inwestorów.
SONDAŻ
Czy idąc do kina chętniej wybierasz amerykańskie kino niezależne czy hollywoodzkie super produkcje?

kino niezależne, oczywiście
dobry ''Hollywood'' nie jest zły

Powieść, zatytułowana „Merger”, będąca korporacyjnym thrillerem ze szpiegowskim zwrotem o międzynarodowym zasięgu, została wydana bez rozgłosu w 2005 roku. Sanghoee wymarzył sobie wersję filmową w typie indie, wartą 5-7 mln dolarów, adresowaną do szerszej publiczności, być może atrakcyjną dla gwiazdy pokroju Jake'a Gyllenhaala.

Wyższa poprzeczka

Jednak tak wiele funduszy hedgingowych i osób prywatnych inwestujących w akcje zwykłe chciało utopić pieniądze w tym projekcie, że Sanghoee, sam będąc pracownikiem jednego z nowojorskich funduszy hedgingowych, przesunął poprzeczkę wyżej. Wkrótce budżet potroił się, osiągając wysokość 15 mln. W październiku Sanghoee zrezygnował z wyjazdu do Dubaju, gdzie miał pozyskiwać fundusze. - Teraz już tego nie potrzebujemy - powiedział w wywiadzie przeprowadzonym w tamtym okresie.

Jednak działo się to przed zamętem hipotecznym na Wall Street, przed pogorszeniem sytuacji na rynku kredytów i przed skwaśnieniem gospodarki - oraz przed paradą kiepskich wyników kasowych filmów finansowanych przez inwestorów. Strugi prywatnych pieniędzy płynących do Hollywood zmieniły się w małą strużkę. Teraz Sanghoee płucze piasek w poszukiwaniu złota w zupełnie innym strumieniu.

Inwestorzy zainteresowani "Mergerem" albo dali po hamulcach, albo zniknęli. Fundusz z Atlanty, rozważający inwestycję w wysokości 7,5 mln dolarów, zmniejszył oferowaną kwotę do 3 mln. Warta 5 mld dolarów grupa funduszy hedgingowych, która miała zająć się obsługą finansową długu, w chwili obecnej ma inne priorytety, a dokładnie likwidację 80 proc. swojego portfela.

- Sprawy trochę się skomplikowały, w dodatku całkiem niespodziewanie - powiedział Sanghoee.

Każdy mógł robić filmy

Sanghoee znalazł się w potrzasku: w niepewnej sytuacji gospodarczej oraz pośród zdenerwowanych pożyczkodawców, podobnie jak inni początkujący filmowcy, ponieważ zdobycie prywatnych pieniędzy stało się trudniejsze.

Ousiderzy marzący o życiu w świetle filmowych reflektorów zawsze mieszkali w stolicy kina. Jednakże w ciągu dwóch ubiegłych lat, gdy w produkcję filmową wpompowano około 12 mld prywatnych dolarów, ziszczenie tego marzenia stało się łatwiejsze. Każdy mający odrobinę determinacji i paru znajomych mógł zdobyć tak zwaną łatwą kasę i wywiesić tabliczkę z napisem "film".

Kurek nie został całkowicie zakręcony. Chociaż nie wiadomo dokładnie, ile prywatnych funduszy istnieje obecnie w Hollywood - są przecież prywatne - niezależni producenci z umowami dystrybucyjnymi nadal uzyskują finansowanie, chociaż z trudnością. Wydaje się, niestety, że doskonała passa dla początkujących producentów, takich jak Sanghoee, zakończyła się.

Jednakże marzenia w Hollywood trudno wykończyć. Sanghoee, łysiejący 35-latek ze srebrnym sygnetem i w okularach Versace, pilnie zamieni biuro w Midtown na dom z basenem. Zamiast się poddać, restrukturyzuje swój plan finansowy i zmienia zestaw narzędzi do promowania swego pomysłu wśród inwestorów. Od samego początku wiedział, jaką nazwę nada swojej firmie producenckiej: "Relentless Pictures", czyli "Nieustępliwe Filmy". Logo? Mężczyzna pchający pod górę wielki głaz.

Znaleźć inwestorów

W 2005, gdy oddział wydawnictwa Macmillan opublikował "Merger", Sanghoee stanął przed wyborem: sprzedać prawa do filmu jakiemuś producentowi czy nakręcić film samemu?

Znalezienie własnych inwestorów nie wydawało się naciąganym pomysłem.

Nie posiadając żadnego doświadczenia zdołał wydać książkę, która zdobyła przychylne recenzje. ("Przepych, krew i jeszcze więcej", napisano w Barron's.) Co więcej, zauważył, że w napływie outsiderów do Hollywood było coś z ducha czasu: nawet w "Rodzinie Soprano" dwie postacie szukały inwestorów, aby wyprodukować krwawy horror w oparciu o własne mafijne doświadczenia.

"Co ma Tony Soprano czego nie mam ja?" zapytał niedawno Sanghoee, próbując (bezskutecznie ) zamienić hinduski akcent na akcent z New Jersey.

Podobnie jak wielu innych pracowników korporacji, Sanghoee był nieco znudzony. Wyjechał z Indii w 1991, aby studiował na Columbia, gdzie zdobył licencjat z inżynierii komputerowej, oraz magisterium z zarządzania. W trakcie kolejnej dekady pracował na różnych stanowiskach na Wall Street.

W 2005 roku Sanghoee pracował w Ramius, wartym 11,5 mln dolarów funduszu hedgingowym na Manhattanie. Dojeżdżał z mieszkania na Upper East Side do biura w Midtown, gdzie inwestował pieniądze funduszu w alternatywne źródła energii, radiostacje i ubezpieczenia. Wieczorami i w weekendy pracował nad książką i specjalistycznymi scenariuszami odcinków serialu "Law and Order". Żadnych nie nakręcono.

- Sława i fortuna - mówi Sanghoee - były rzeczami o których nie mogłem przestać rozmyślać.

Co więcej, siedział w pierwszym rzędzie, gdy fundusze hedgingowe zaczęły postrzegać Hollywood jako parking dla pieniędzy. W 2006 Ramius postanowił rozpocząć ocenę umów na finansowanie filmów, chcąc wejść w inwestowanie w filmy, a Sanghoee został wybrany na szefa tego projektu. Poleciał do Los Angeles na spotkanie z kierownictwem William Morris Agency oraz Brillstein Entertainment, firm zarządzających i producenckich.

Bądź na bieżąco, codziennie, za darmo i o stałej porze -

czytaj nasz newsletter!

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości gospodarcze?

Zamów newsletter!