Akademicy zignorowali jej niesamowite dokonania - Curie-Skłodowska już wtedy była laureatką nagrody Nobla (otrzymała ją wraz z mężem, Pierre'm oraz Henri Becquerelem) i główną promotorką terapeutycznego zastosowania radu. Ale to nie wszystko - była też szefem badań laboratorium fizycznego na Sorbonie, zdobyła doktorat i kierowała katedrą fizyki uczelni.
Niestety, z punktu widzenia Akademii miała też kilka potężnych wad. Była Polką, pochodziła - wedle plotek - z rodziny żydowskiej (co nie było prawdą - jej matka była katoliczką, zaś ojciec ateistą) i, co najgorsze, była kobietą. To przeważało nad jej zaletami - przynajmniej w oczach decydentów. Jeden z akademików, Emile Hilaire Amagat, stwierdził wyraźnie: "Kobieta nie ma może być członkiem Institute of France".
Akademia miała też sentyment do Branly'ego, którego prace nad bezprzewodowym telegrafem zostały przyćmione przez dokonania Włocha Guglielmo Marconiego (laureata Nobla w 1909 r.). Branly'emu wydatnie pomogło również to, że był profesorem Uniwersytetu Katolickiego w Paryżu, głęboko wierzącym katolikiem i cieszył się poparciem
papieża.
Rywalizacja Curie-Skłodowskiej i Branly'ego o jedno wolne miejsce we Francuskiej Akademii Nauk była głośno komentowana przez prasę - za Polką wstawiały się gazety liberalne, za jej konkurentem - konserwatywni publicyści. Niestety, w ówczesnych realiach wynik starcia był łatwy do przewidzenia.
Reakcją Cuire-Skłodowskiej było rzucenie się w wir pracy. Pocieszenie przyszło jeszcze tego samego roku - dostała drugiego Nobla (tym razem z chemii, za prace nad radioaktywnością). Później założyła kilka Instytutów Radowych (m.in. w Paryżu i Warszawie).
Zamieszanie wokół Akademii Nauk więcej mówiło o jej członkach i ich uprzedzeniach, niż o kompetencjach Curie-Skłodowskiej. Badaczka była jeszcze wielokrotnie doceniana - zarówno przez współpracowników, jak i przez najróżniejsze komitety i instytuty, przyznające nagrody, tytuły honorowe i inne zaszczyty.