Marcin Bosacki: Amerykańskie
PKB od prawie roku rośnie, skończyła się recesja. Ale czy to znaczy, że
gospodarka USA wyszła już z kryzysu?
Krzysztof Błędowski: Recesja i kryzys to nie to samo. W
USA recesję definiuje się inaczej niż w Europie, większą wagę przywiązuje się do czynników innych niż PKB, takich jak zatrudnienie i produkcja przemysłowa. Zwłaszcza ta ostatnia odbiła się na tyle, że ekonomiści naszej firmy, jak również większość ekspertów sektora prywatnego ustaliła koniec recesji na drugi kwartał 2009 r. Notabene, komitet Narodowego Biura Badań Ekonomicznych oficjalnie jeszcze nie ogłosił, kiedy recesja się skończyła.
Czy zakończył się ten najpoważniejszy kryzys, który towarzyszy recesji - kryzys systemu bankowego, zwłaszcza bankowości inwestycyjnej? - On zelżał, ale jeszcze się całkiem nie skończył. Płynność systemu przywrócono, największe instytucje finansowe nie są już zagrożone niewypłacalnością, co na początku 2009 r. wcale jeszcze nie było pewne, powrócił optymizm, który się przejawia zwiększoną skłonnością do przyznawania kredytów. Więc prawdopodobieństwo, że system finansowy USA znów się poważnie załamie, jest małe.
Ale są dwa czynniki bardzo niepokojące. Po pierwsze - sytuacja na rynku
nieruchomości. Jakość olbrzymiej liczby kredytów na nieruchomości, nie tylko mieszkaniowych, ale też komercyjnych, jest słaba, a nawet pogarsza się. Po drugie - związek finansów amerykańskich z resztą świata, zwłaszcza z Europą. Amerykańscy inwestorzy trzymają duże aktywa w UE, a banki lokują dużo w europejskich papierach rządowych. Więc ewentualny kryzys finansów publicznych w Europie może bardzo mocno dotknąć amerykański system finansowy.
Czy PKB USA od roku rośnie dzięki wartemu 800 mld dolarów pakietowi stymulacyjnemu Baracka Obamy, czy dzięki tradycyjnej żywotności gospodarki Ameryki? - Nie ma wątpliwości, że wpompowanie przez państwo tych pieniędzy wyraźnie pomogło. Drugi element, który pomógł, to fakt, że gospodarka amerykańska, w przeciwieństwie do europejskiej, bardzo mocno zacisnęła pasa we wczesnym stadium recesji, w 2008 r. Panika tych, którzy decydują o inwestycjach w firmach, była tak duża, że oszczędzano chyba więcej, niż było potrzeba - w zwolnieniach, zamykaniu linii produkcyjnych, odkładaniu inwestycji itp. Gdy pod koniec recesji okazało się, że konsumenci zaczęli kupować wcześniej i więcej, niż przewidywały i firmy, i eksperci, i rząd, to okazało się, że zapasów jest za mało. I trzeba było zacząć znów na gwałt produkować. To rozbudziło gospodarkę od połowy 2009 r.
Ale obecny wzrost jest słabszy niż po poprzednich dotkliwych recesjach w USA. Dlaczego? - Po pierwsze, system finansowy jest wciąż nadwerężony, ostrożny w decyzjach, kredyt jest trudniej dostępny niż w odpowiednich okresach poprzednich ekspansji. Po drugie - Ameryka straciła pewną część swej tradycyjnej pewności siebie. Bezrobocie wzrosło szybko i znacznie. Zmalała skłonność do podejmowania ryzyka. Amerykanie redukują raczej długi, niż pożyczają, by finansować nowe przedsięwzięcia. Nasza grupa ekonomistów przeanalizowała wskaźniki zamykania mocy produkcyjnych i otwierania nowych fabryk w różnych stadiach koniunktury. Wyszło nam, że w tej recesji ten pierwszy proces był niezwykle mocny, a ten drugi - znacznie słabszy niż podczas wychodzenia z poprzednich kryzysów. Podcięcie wiary w sukces - tak bym określił efekt uboczny niedawnej recesji.
Jaka jest dla firm amerykańskich główna nauka z tego kryzysu? - Najpierw wyjaśnienie - pracuję głównie z firmami przemysłowym, i to raczej dużymi, kontakty z sektorami usług i finansów mam mniejsze. Chyba najważniejszą lekcją była dywersyfikacja. Wielu prezesów potwierdza zbawienną jej rolę - i w zakresie produktów, i geografii, i technologii. Gdy popyt w USA siadł, Azja nadal trzymała się dużo lepiej. Gdy zbankrutowało kilku podwykonawców, to ratunkiem było to, że było pięciu innych, którym można było dołożyć pracy. Ta globalna organizacja produkcji i sprzedaży okazała się zbawcza. Dla moich firm główna lekcja kryzysu będzie taka: zdywersyfikować i globalizować jeszcze mocniej niż dotąd.
Ale niezwykłe było też to, jak wielu z moich rozmówców musiało rok czy dwa lata temu obciąć sobie, na szczeblu zarządów, pensje np. o 30 proc. Zdumiewające było, jak wiele fabryk zamknęli, ilu ludzi zwolnili. Bardzo wiele firm, które przed kryzysem produkowały na poziomie 100, w jego środku znalazło zbyt na poziomie ledwie 50 proc. albo i niżej. Ten ich ból recesji był rzeczywiście dostrzegalny w każdej rozmowie, którą prowadziłem.
Wielu Amerykanów ma nadzieję, że w wyniku tego kryzysu wrócą do Ameryki miejsca pracy w przemyśle, stracone w ostatnich 30 latach na rzecz głównie Azji i Meksyku. To realne? - Przemysł USA postawił na innowację i kreowanie nowych dóbr i usług w skomplikowanym procesie produkcji, ale większość szczebli tego procesu w istocie zostało z reguły przeniesionych poza USA. Np. produkty
Apple są amerykańskie, znakomita większość wartości dodanej, inżynierii, oprogramowania jest tutejsza. Ale proces składania komponentów w całość odbywa się za granicami kraju. I moim zdaniem to się nie zmieni. Mówię to na podstawie moich doświadczeń z dużymi firmami amerykańskimi. One już przed kryzysem nie myślały w kategoriach centrali w USA i filii poza granicami. To już są struktury prawdziwe globalne. Więc planują proces rozbudowy, produkcji i zbytu tak, że cała kalkulacja opiera się na wydajności na szczeblu światowym. Jest się tam, gdzie jest taniej, wydajniej, wygodniej. Szefowie finansowi koncernów zarządzają bilansami globalnymi, a nie amerykańskimi.
I ten kryzys takie rozumowanie wzmocnił. Są teorie, praktykowane np. przez firmy niemieckie, by postawić na specjalizację, koncentrować się wąsko na tym, co się najlepiej robi od dziesięcioleci. Ale w tym kryzysie produkcja firm z Niemiec, nawet jeśli były doskonałe w tym, co robią, siadła nawet o 70 proc. - bardziej niż w USA. Dlatego Amerykanie z pewnością jeszcze mocniej przekonają się do filozofii biznesu: nie kłaść wszystkich jajek do jednego koszyka.
Wielu ekonomistów obawia się, że w wyniku tego kryzysu gospodarka USA zostanie przeregulowana, co odbije się niekorzystnie na jej wynikach. - Też się tego obawiam, ale w dłuższej perspektywie. W tej chwili dopiero tworzą się np. zręby nowych regulacji finansowych. Obciążenia fiskalne firm będzie widać za pięć, najwcześniej trzy lata. Podobnie z ciężarem reformy zdrowia dla gospodarki.
Mamy do czynienia z niebywałym, jak na Amerykę, wzmocnieniem roli państwa, np. ustanowieniem czasowych, ale długich, prawie dwuletnich zasiłków dla bezrobotnych.
Czy nie zmniejszy to elastyczności gospodarki USA? Czy nie zmniejszy skłonności do podejmowania ryzyka? - Mam wrażenie, że przedsiębiorcy mogą się stać bardziej zachowawczy, a pracownicy z kolei mniej agresywnie szukać pracy.
Do tej pory ta bezwzględność systemu amerykańskiego powodowała, że ludzie byli zdolni do podejmowania wyzwań, wzbudzania w sobie energii i pomysłowości, z której tak do końca nie zdawali sobie sprawy. Teraz to się zmienia. Jak pokazują badania, więcej ludzi jest zniechęconych uważa, że nie znajdzie nigdy dobrej pracy. Obawiam się, że to może być zmiana strukturalna, a nie cykliczna.
Firmy też są zniechęcone? - Nie. Na moich ostatnich spotkaniach z zarządami firm atmosfera, w porównaniu z 2008 czy nawet 2009 r., była jak dzień i noc. Prezesi uważają, że przeszli przez piekło, ale że oszczędności były konieczne, a ich firmy są dziś dużo zdrowsze.
Myślę, że firmy - ale też wielu zwykłych Amerykanów - nauczą się, że nie można żyć ponad stan, zadłużać się bez końca, że rachunki w końcu trzeba płacić. Stopa oszczędności po tym kryzysie wzrosła. Może nie astronomicznie, ale wyraźnie. W ciągu ostatnich kilku kwartałów stopa oszczędności gospodarstw domowych wzrosła do 3 do 5 proc. dochodu, gdy przed recesją kształtowała się na poziomie minus 1 - minus 2 proc. Apetyt konsumpcyjny oczywiście wróci, ale nie sądzę, by osiągnął on tak nieodpowiedzialne rozmiary jak kilka lat temu. Zresztą powstrzymają go też nowe przepisy reformy systemu finansowego, która niedługo zostanie pewnie przegłosowana.
*Krzysztof Błędowski jest ekonomistą i szefem rad dyrektorów amerykańskiego Manufacturers Alliance/MAPI, instytutu badawczego i stowarzyszenia przemysłowego; był prezesem związku ekonomistów National Economists Club