Transparenty i szampan

Jerzy Szygiel
14.11.2011 , aktualizacja: 14.11.2011 19:17
A A A Drukuj
Z początku skierowany przeciw "banksterom" ruch Occupy Wall Street był postrzegany przez amerykańskie media jako banda rozczochranych dzieciaków, która nie wie, co zrobić ze swoją energią. Początkowo nikt nie brał ich poważnie. Z czasem podejście to zaczęło się zmieniać.
Gazety i telewizje upodobały sobie określenie „Romper Room Revolution” - aluzję do bardzo niegdyś popularnego serialu telewizyjnego Romper Room. Jego celem było zajęcie pięcioletnich dzieci zabawną gimnastyką przed ekranem, by matki mogły odetchnąć na pół godziny. Protesty rozprzestrzeniały się wkrótce na kolejne miasta i zaczęto o nich mówić nawet na Wall Street. Ani giełda, ani środowisko słynnej nowojorskiej dzielnicy biznesu nie okazały żadnej specjalnej nerwowości, ale kiedy o ruchu zaczęli wypowiadać się politycy, należało zdecydować, jako go traktować.

Czego oni chcą?

Najpopularniejsze hasło protestujących właściwie nie jest postulatem, lecz rodzajem pretensji do reprezentowania przygniatającej większości Amerykanów: „We are the 99%”. To odniesienie do statystyk, z których rzeczywiście wynika, że 1 proc. obywateli Stanów Zjednoczonych posiada 40 proc. bogactw tego kraju - jest to stan koncentracji kapitału nieznany od czasów Wielkiego Gatsby'ego. Jak wiadomo, zakończyły się one megakrachem w 1929 r., wtrącając świat w otchłań bezprecedensowego kryzysu, stąd slogan ma potencjał ostrzeżenia - i jeśli kryje się za nim jakieś żądanie, to jest ono typowo lewicowe - bogactwo powinno być dystrybuowane bardziej równoważnie.

Wielki napis na transparencie "Wall St is the Problem" to polemika ze słynnym zdaniem Ronalda Reagana, które stało się wyznaniem prawicy i symbolicznie stanowiło początek deregulacji rynków finansowych - "Państwo to nie rozwiązanie, państwo to problem". Krzycząc, "Przestańcie pomagać banksterom", manifestanci, podobnie jak Reagan, krytykują państwo, tyle że z przeciwnej strony - uważają, że jeśli jeszcze za czasów jego prezydentury stało ono na przeszkodzie finansistom, dziś jest im podporządkowane. Podkreślają, że dzisiaj w Ameryce zwykła sekretarka płaci proporcjonalnie wyższe podatki niż miliarder, a teoretycznie niepotrzebne państwo rzuca się na pomoc bankom, kiedy są w potrzebie. Według nich "współczesny kapitalizm to socjalizm dla bogatych".

Bywają wśród mozaiki haseł i postulatów żądania konkretne, jak przywrócenie wprowadzonej w latach wielkiego kryzysu ustawy Glass-Steagall (narzucającej oddzielenie banków depozytowych od inwestycyjnych, zniesionej za prezydentury Billa Clintona), ale generalnie spoza krytyki kapitalizmu i banków nie wyłania się jakiś szerszy pozytywny projekt czy wizja. Ruch nie ma żadnego lidera ani struktury. Przemówienia przybyłych na miejsce gwiazd lewicy (m.in. Naomi Klein, Slavoja Żiżka, Michaela Moore'a) zostały nagrodzone oklaskami, ale ich ogólne wezwania do zmiany bądź "walki z systemem" nie zmieniły protestów w jakąś siłę polityczną. Część komentatorów chciała wierzyć, że rodzi się właśnie coś na kształt lewicowego odpowiednika Tea Party, ale to porównanie wydaje się jednak przedwczesne.

Politycy wchodzą do gry

Ruch Occupy Wall Street wzbudził jednak sporą sympatię, szczególnie wśród starszego dziś „pokolenia dzieci-kwiatów”. Protesty, na których policjantów jest więcej niż uczestników budzą wspomnienia z młodości, „kiedy jeszcze o coś chodziło”. Do tego rozwiązują języki owym „99%”. Niektórzy postanowili na tym posurfować, jak Partia Demokratyczna (Democratic Party), która zauważyła okazję do przyciągnięcia elektoratu rozczarowanego Barackiem Obamą. Sam prezydent ograniczył się do ostrożnej deklaracji, że „rozumie frustrację” manifestantów, ale jego komitet wyborczy poszedł dużo dalej. Wydał deklarację popierającą ruch, która stylistycznie ze Stanami Zjednoczonymi nie bardzo się kojarzy. Można w niej na przykład przeczytać, że „ demonstracje w Nowym Jorku i innych miastach są ostrzeżeniem dla miliarderów, naftowców i wielkich bankierów, że nie pozwolimy 1 proc. najbogatszych narzucić drakońskiej polityki cięć w budżetach programów społecznych, kluczowych dla przeciętnego Amerykanina”.

Liderka demokratycznej mniejszości w Izbie Reprezentantów, Nancy Pelosi, tłumaczyła w ABC News, że manifestanci „są wściekli, bo nie mają pracy. Nic tak nie oburza, jak niepewność jutra i niemożność zapewnienia rodzinie podstawowych potrzeb”. Jej republikański odpowiednik, Eric Cantor, był dużo mniej czuły dla, jak się wyraził, „rosnącej hordy”: „Oni chcą skłócić Amerykanów, to wszystko.” Republikanie nie ukrywają wrogości wobec ruchu i już go nie ignorują. Tea Party w specjalnym oświadczeniu wyraziła oburzenie porównywaniem jej do Occupy Wall Street - „Jedyne co nas łączy, to brak zgody na publiczne finansowanie Wall Street, ale nic innego”. Bliski Tea Party republikański kandydat w prawyborach, Herman Cain, niemal w każdym wystąpieniu porównuje manifestantów do „żałosnych zawistników”, którzy „marzą, by ukraść cadillaca komuś innemu”. Z innej strony zaatakowała ruch organizacja Emergency Commitee for Israel, broniąca trwałości przyjaznych stosunków między Stanami Zjednoczonymi a państwem żydowskim. Niektórzy manifestanci krytykowali konkretne banki, jak Goldman Sachs. ECI nakręcała spot telewizyjny sugerujący, że cały ruch jest antysemicki.

Wall Street podnosi brew

Amerykańskie środowisko finansowe reaguje na różne sposoby, ale raczej spokojnie. Niektórzy z cokolwiek prowokacyjnym humorem. Pojawił się np. kolektyw Occupy Occupy Wall Street, który założył stronę internetową, publikuje filmy i zarabia na swojej reakcji, sprzedając on-line koszulki i spinki do mankietów z wygrawerowanym napisem „1%” (po 150 dolarów sztuka). Ich hasło to „We are the 1%. 100% proud”. Ten sam napis wywiesili w oknach traderzy Chicago Board of Trade - największej w Ameryce giełdzie futures i opcji. W Nowym Jorku, kiedy ulicą przechodziła manifestacja, grupa szykownie ubranych młodych finansistów wynajęła balkony Cipriani Wall Street (miejsce luksusowych imprez), by trzymając w jednej dłoni kieliszki z szampanem, drugą pozdrawiać maszerujących

Ale są też reakcje bardziej pojednawcze, jak Vikrama Pandita, szefa Citgroup, który w wypowiedzi dla Fortune próbował naśladować Obamę - „Uczucia manifestantów są całkowicie zrozumiałe. Wzrost gospodarczy nie jest taki, jakbyśmy sobie życzyli. Wiele osób w naszym kraju nie może odnieść sukcesu i to na pewno nie jest dobra sytuacja”.

Media niewiele mówią o rozmowach między ludźmi Wall Street. Można z nich wyłowić przeciwstawne opinie. Oto anonimowy pracownik znanej agencji ratingowej nazywa protestujących „beksami, które nam zazdroszczą, bo nigdy nie będą pracować na Wall Street”, podczas gdy jeden z dyrektorów wielkiego banku inwestycyjnego widzi ich jako „rzeczników głębokiego, słusznego niezadowolenia”. Josh Brown, doradca finansowy prowadzący bardzo poczytny blog The Reformed Broker, próbuje oddać nastroje: „Wall Street obserwuje manifestantów, którzy nie bardzo się między sobą zgadzają. Bankierzy nie wiedzą, czy mają się z tego śmiać, czy brać to poważnie. Przeważa pewna ostrożność”.

Ogólny brak pomysłów

Jednocześnie przeważa opinia, że ruch amerykańskich "oburzonych" jest w gruncie rzeczy niegroźny dla Wall Street i tego, co dziś ta dzielnica reprezentuje. Trzydzieści lat neoliberalnej deregulacji rynków sprawiło, że zgromadzone tam megakombinaty finansowe są nie tylko silniejsze ekonomicznie, lecz również politycznie. W porównaniu z nimi inicjatywa, jak Occupy Wall Street, to polityczny komar, który ledwo brzęczy - trudno oczekiwać, że wymusi wielką naprawę "błędów i wypaczeń kapitalizmu".

To się udało właściwie tylko raz. Kiedy w 1933 r. Franklin Delano Roosevelt doszedł do władzy, mógł dokonać głębokiej reformy amerykańskiej gospodarki, wprowadzając w ciągu kilku miesięcy 15 ustaw. Akcjonariusze byli wściekli, że wprowadzono Glass-Steagall, protestowano przeciw podatkom dla najbogatszych, wróżono całkowity upadek pokryzysowej gospodarki, ale Roosevelt to przetrzymał i wygrał. W 1944 r., przed zwołaniem Bretton-Woods zorganizował szczyt w Filadelfii, który wyznaczył podstawowe reguły współistnienia kapitalizmu z jego środowiskiem społecznym. To dało trzydzieści lat dobrobytu bez długów. Potem zaczęło się odkręcanie.

W pierwszym kwartale tego roku amerykański dług wzrósł o 380 mld dolarów, podczas gdy PKB o 50 mld. Dług się powiększa, a wzrost gospodarczy się kurczy. Następny kryzys może być cięższy, bo w 2008 r., gdy upadał Lehman Brothers, panika trwała zaledwie kilka dni - póki państwo nie wyłożyło na stół 700 mld ratunkowych dolarów. Spokój wrócił, bo nikt nie wątpił w jego zdolność wypłacenia tych pieniędzy. Rynek, mimo kryzysowego alarmu, pozostał przy zasadach, które do niego doprowadziły. Trzy lata później nikt nie wie, skąd Barack Obama czy Timothy Geithner wezmą kolejne 700 mld, gdyby to było konieczne. Ekonomiści i politycy zakleszczyli się w wąskim dylemacie - planować ożywienie gospodarki, co zwiększy zadłużenie, czy wprowadzać oszczędnościowy rygor, co grozi recesją? Póki co ani Wall Street, ani manifestanci nie widzą jasnego rozwiązania.

Bądź na bieżąco, codziennie, za darmo i o stałej porze -

czytaj nasz newsletter!

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów